Dziennik Marca Butlera
I
Wczoraj w nocy udało mi się przywlec na te skończone zadupie. Wszystko śmierdzi gorzej niż kanały w Silmaaroonie, jak okiem sięgnąć widać tylko dymiące bagna, a chmury widać tu zdecydowanie częściej niż słońce. Brzmi dokładnie jak miejsce, w którym nikt mnie nie będzie szukał, czyli póki co idealnie. Jak na zapomnianą przez bogów dziurę jest tu całkiem dużo kupców. Żadnych szaleństw, ale dla szanującego się złodzieja, jak oczywiście ja, wystarczy. Przycupnę sobie tutaj na jakiś czas, jako że mam już dosyć błąkania się w śniegu sięgającym po kolana. Co jak co, ale Fosa Dispair ma potencjał do nakarmienia mojej bardzo głodnej kieszeni. Nikt mnie tu nie zna, a więc nikt się nie spodziewa, że będą mieć zaszczyt podzielić się ze mną przyjemnym stosikiem koron. A jak to mówią, niewiedza szkodzi. Ich strata. Jak sprawa z listem gończym nieco przycichnie, to zapewne zwinę się z całym dorobkiem za granicę Hazardu. Gdzie złodziej i kłamca odnajdzie się lepiej niż pomiędzy innymi złodziejami i kłamcami. Czasami naprawdę lubię swoje plany. Mam tylko nadzieję, że tych wieśniaków stać na zapewnienie mi porządnej wyprawki na nowe życie.
II
Po pierwsze – spierdalanie do Hazardu może nie być w gruncie rzeczy takim zajebistym pomysłem. W swoich planach przeoczyłem szczegół, że nienawidzą tam szanowanych mieszkańców Silmaaroonu. Po drugie – wieśniacy z zadupia świata mają lepszą straż niż przypuszczałem. Na pocieszenie dodam, że cele w Fosie nie są takie tragiczne. Jeśli się nie mylę, to pełza tu mniej robactwa niż w moim poprzednim „domostwie”. Żarcie pozostawia nieco więcej do życzenia, ale to przynajmniej znaczy, że zostało im trochę pomyślunku w tych ich srebrnych główkach. Przynajmniej facet, który wkopał mnie tu bez grama delikatności, pozwolił mi zachować dziennik, więc nie zanudzę się tutaj totalnie. Trzeba przyznać silmaaroońskim pierdlom, że przynajmniej nie kazali długo tam czekać na złe wieści. Teraz minęło już parę godzin i ciągle nic, a coraz bardziej chce mi się szczać. Dobrze, że nie ja tutaj sprzątam. Właściwie nie jestem pewien, czy ktokolwiek to robi.
III
Gdyby bogowie istnieli, mógłbym nawet ich posądzić o bycie łaskawymi, jako że nareszcie ktoś przypomniał sobie o gnijącym w zimnej celi Marcu Butlerze. Gorzej, że po przypomnieniu sobie przysłali mi klechę. Siedział tutaj bite kilka godzin i ględził mi o miłości Aglosa i odkupieniu. Bardzo żałuję, że nie powiesili mnie przed jego przybyciem, przynajmniej byłoby bezboleśnie. A tak musiałem słuchać, jak bardzo ojca smuci moja zła ścieżka i przytakiwać mu grzecznie, żeby nie dać miłym strażnikom patrzącym na mnie spode łba powodu do przetestowania na mnie nowych pałek. Koniec końców nie wyszło jednak tragicznie, bo klecha uwierzył chyba, że taki biedny, zagubiony człowiek jak ja pragnie odnaleźć nową drogę wypełnioną światłem bożym. Dostałem propozycję pozostanie w Fosie i odkupienia win, jeśli tylko przestanę być parszywym złodziejem (oczywiście tak nie powiedział). Długo namawiać mnie nie musiał, ale jest głupi, jeśli sądzi, że zostanę w tej dziurze i będę pomagał głodnym i chorym. Spierdalam do Hazardu jak tylko nadarzy się okazja. Tylko ci cholerni strażnicy muszę przestać za mną łazić. Cholernie upierdliwi.
IV
Ta wiocha jest naprawdę dziwna. Siedzę tu już parę tygodni, Hazard nie jest ani trochę bliżej, a ja musiałem znaleźć normalną pracę. Właściwie, żeby być szczerym, zawsze sądziłem, że takie życie będzie nie do zniesienia. Tymczasem ludzie z Fosy mają tak na co dzień. Zawsze myślałem, że uczciwe życie jest ciężkie i nieopłacalne, że nie da się być tak szczęśliwym. Tymczasem oni każdego dnia z uśmiechem wstają do tej swojej zawszonej roboty, pomagają sąsiadowi i zagryzają brudną wodę chlebem sprzed dwóch dni. Właściwie nie wiem, czemu ten klecha mnie tu zostawił. Nie pasuję do tego miejsca. Wszystko tutaj jest moim dokładnym przeciwieństwem, jakby Fosa śmiała mi się w twarz. W gruncie rzeczy jestem złym facetem, cholernie złym i zepsutym, ale podoba mi się to, co wokół widzę. Brakuje jeszcze tylko, żeby ta zabita dechami dziura czegoś mnie nauczyła. A może już to robi. Zawsze myślałem, że złote sztaby w sejfie są czymś, co mnie uzupełni. Fosa wywróciła to do góry nogami i już nie wiem, za czym mam podążać. Właściwie nie zaszkodzi poprzyglądać się tym biedakom.
V
Nie polazłem do Hazardu, ale Hazard wziął to chyba sobie do serca, bo przylazł do mnie. Podobno jakiś tysiąc przekroczył granicę i szykuje się do ataku na Fosę. Osobiście uważam, że mogliby znaleźć sobie ambitniejszy cel. W każdym razie to miasto nie ma szans. Mniej zorganizowanej armii, o ile to co jest w Fosie można w ogóle tak nazwać, nie widziałem chyba nigdy, a widziałem sporo. Do tego tydzień temu staremu generałowi zdechło się na trąd. Nie pamiętam, jak tam mu było, ale pamiętam, że mnie wkurwiał. No i był dobrym człowiekiem jak każdy dziwak tutaj. Zastanawiam się, czy nie pora wreszcie spierdalać z tej ruiny. Nie podoba mi się zbytnio ginięcie tutaj za nic. Coś w środku kusi mnie, żeby im pomóc. Nie wiem, po co miałbym to robić, ale nie mogę się uwolnić od tej myśli. Być może to okazja, żeby nareszcie czegoś nie spierdolić. Może chociaż w ten sposób będę bardziej podobny do nich.
VI
No i stało się. Odjebało mi już chyba do reszty, ale nie mogłem patrzeć, jak miotają się w głupim strachu niczym kurczaki w za ciasnej klatce. Kiedy tysiąc Hazardczyków stanęło pod bramą miasta, wszystko tutaj śmierdziało panicznym strachem. No to wszedłem na mury i zacząłem robić to, w czym jestem dobry – mówić innym, co mają robić. Co mnie zadziwiło, rzeczywiście posłuchali. Okazuje się, że srebrnomarchijczycy z dobrym dowódcą napierdalają się całkiem nieźle. Dwóch – straciliśmy dwóch ludzi, a wyrżnęliśmy ich co do jednego. Ostatni dostali strzały w plecy, kiedy żałośnie próbowali spierdolić z powrotem z podkulonymi ogonami. Chyba pierwszy raz w życiu jestem z siebie naprawdę dumny. Jasne, robiłem już wielkie rzeczy, nie zamierzam być skromnym jak córka młynarza. Chyba pierwszy raz coś, co zrobiłem, miało znaczenie. Zrobiłem coś dla tych wszystkich ludzi – to dziwne uczucie. Teraz chcą mnie zrobić kapitanem i niech mnie piorun pierdolnie, ale chyba się zgodzę. Może dla starego Marca Butlera nie jest jeszcze za późno na zmianę. A może to tylko nadzieja głupca. Tak czy siak zamierzam iść za ciosem.
VII
System obrony Fosy wymagał naprawdę gruntownego remontu. To, co tutaj zastałem, było skurwysyńsko żałosne. Okazuje się, że ta dziura ma ogromny potencjał, którego przez ten cały czas nikt nie wykorzystywał. Same tereny wokół czynią ją niezniszczalną. Dajmy na przykład bagna – rozległe i zabójcze, są naszą najdoskonalszą bronią. To kapryśna kochanka, ale jeśli zapamięta się, co lubi, to wciągnie twoich wrogów, a ciebie przepuści suchą nóżką w błyszczącym pantofelku. Zastanawia mnie, że ludzie, którzy mieszkają tu tyle czasu, w większości prawie nie znają bagien. W tym tygodniu rozpocząłem robienie patroli i już widać lekką poprawę. Żołnierze zaczynają wiedzieć, gdzie mogą się bezpiecznie przemieszczać. Rozrysowałem wstępny szkic map z pozaznaczanymi najważniejszymi miejscami do walki. Miejscami, w których można łatwo utopić oddział Hazardczyków i nawet się nie zadyszeć. Poza tym bagna mają jeszcze wiele innych zastosowań. Łatwo przemycić przez nie nawet spore oddziały ludzi. Wystarczy szczelna, lekka zbroja i trzcinowe rurki, przez które można oddychać. Codziennie chodzę po bagnach, aby jak najlepiej poznać ich rozłożenie. Fosa zaczyna wstawać na nogi, a radzenie sobie z wrogiem dawno nie było łatwiejsze. Muszę przyznać, że podoba mi się to, co tworzę. I że pierwszy raz od dawna jest to tworzenie, nie niszczenie.
VIII
Wracając do skarbów tej przyprawiającej o dreszcze krainy, to można tu znaleźć mnóstwo syfu, którego nikt nie uznał za przydatny. Jak muszę przyznać, że srebrnomarchijczycy potrafią oszczędzać, to tutaj nielicho spierdolili sprawę. Powołałem specjalną frakcję, które zajmuje się dla mnie znoszeniem tego syfu. Część to złom, ale reszta naprawdę się przydaje. Z kupy starego drewna, które znosili cztery dni, wybudowaliśmy dwadzieścia katapult. Opada kopara. Moi drodzy Zbieracze okazują się naprawdę dochodowi. Właściwie może nie powinienem ich tak nazywać, bo wychodzą trochę na bandę zapchlonych meneli, ale chyba nie chce mi się tego zmieniać, skoro ludzie podłapali temat. Poza tym to zabawne.
IX
Nawet już nie pamiętam, od jak dawna jestem na tym zimnym odludziu. Każdego dnia musimy walczyć, nie wolno nam tracić czujności. To miejsce już dawno temu zostało zapomniane przez bogów, ale prosty Marc Butler nigdy go nie zapomni. Pokochałem Fosę. Tak, brzmi to niedorzecznie, ale naprawdę ją pokochałem. To miejsce stało się moim domem, a ci ludzie moją rodziną. Jestem sobie wdzięczny, że mimo wszystko nie spierdoliłem wtedy do Hazardu. Być może tamten klecha miał więcej racji, niż mi się wydawało. Być może nawet takie skurwysyny jak ja się zmieniają. Chyba chciałbym tu po prostu spokojnie żyć i nie wracać do całego tego bałaganu, który zostawiłem za sobą. To miejsce mnie wyleczyło z nienawiści. Kiedy tu przyjeżdżałem, nienawidziłem ludzi, swojego brata zdrajcy, wszystkiego wokół, a najbardziej chyba samego siebie. Teraz mi ulżyło. Nie chcę już zemsty, chciałbym raczej, żeby mój brat opamiętał się tak jak ja, zanim będzie za późno. Oboje jesteśmy tak samo zepsuci, ale ja dostałem szansę na zrobienie czegoś. Musi też znaleźć tę drogę, albo przyjąć zasłużoną karę. Miałem cholerne szczęście, że dla kogoś takiego jak ja znalazło się tutaj miejsce. Nigdy nie będę naprawdę dobry. Mogę tylko próbować zostawić po sobie coś, co pomoże ludziom wokół. Chociaż tyle powinienem.
X
Wczoraj do Fosy przybyła dziwna grupka. Tarczownik, elfka, mag z Kapituły i jakiś bachor. Ledwo się pojawili, to zaczęło się robić ciekawie. To naprawdę interesująca zbieranina i muszę przyznać, że dawno nikt tak mocno nie przyciągnął mojej uwagi. Rozmawiałem z nimi, co tak właściwie ich tu przywiało.
(…)
Przez ich krótki, aczkolwiek bardzo owocny pobyt miałem okazję lepiej ich poznać. Nie myliłem się co to tego, że są interesujący. Tarczownik ma na imię Renarin var Kailen. Wydaje mi się, że ten człowiek jest twardszy niż stal jego zbroi. Jest inteligentny i trzeźwo podchodzi do rzeczywistości. Powiem szczerze, że nie myślałem zbyt dobrze o oddziałach takich jak Tarczownicy, dopóki nie poznałem Renarina. Zawsze wydawali mi się mordercami pod płaszczykiem honoru. Renarin pokazał mi, że za ten honor płacą ogromną cenę. Był jeszcze gówniarzem, miał piętnaście lat, jak zabrali go, żeby go szkolić. Wrócił ćwierć wieku później i ani on nie poznał domu, ani dom jego. Własna matka nie wiedziała kim jest, co moim zdaniem jest wyjątkowo smutne. Renarin jakby przespał dwadzieścia pięć lat. Miał rodzeństwo, o którym nawet nie wiedział, że dorasta gdzieś tam daleko. Nie miał okazji pożegnać ojca. Jest twardy, ale widać było, że mu to przyjebało. Mimo to nie żałuje bycia Tarczownikiem. Pewnie sam nigdy tego nie powie, ale jest cholernie dobrym człowiekiem. Być może w innym miejscu i czasie mógłbym być taki jak on. Renarin to świetny kowal. Przez cztery dni wyekwipował mi większość ludzi, prawie nie spał i ledwo co jadł. Jeśli to nie jest człowiek obowiązku, to już nie wiem, kogo tak nazwać. Zapamiętam Renarina var Kailena. Być może mógłbym się czegoś od niego nauczyć.
(…)
Ten dzieciak, który przybył do Fosy z resztą, to urocza dziewczynka o imieniu Aira. Powiem szczerze, że nie spotkałem się jeszcze z taką urodą. To prześliczne, młode stworzenie o białych włosach i bladej skórze. Jej główną wadą jest okropnie niewyparzona gęba. Mieszkając w Fosie zacząłem bardzo doceniać szczerość, ale szczerość Airy to dobrze naostrzony sztylet. Nie myśli nad tym, co mówi i nie zastanawia się, jak to rani innych. To bardzo nierozsądne, ale być może jeszcze zdąży z tego wyrosnąć. Lepiej wcześniej niż później. Właściwie spędzamy razem sporo czasu. Aira ciągle za mną łazi i się mną zachwyca. Gdyby tylko wiedziała, jakim skurwysynem jest mężczyzna, którego nazywa silnym ideałem faceta. Gdyby tylko wiedział, jaki ja byłem wcześniej. Lubię Airę, a jej paplanina w jakiś sposób sprawia, że czuję się przy niej dobrze, ale strasznie irytuje mnie w niej ta jej głupiutka naiwność. Aira myśli, że po jej wyjeździe kiedyś się spotkamy, bierze to za pewnik. Ja nie sądzę, żebym miał przeżyć następne starcie z Hazardem. Fosa robi się coraz cięższa do niesienia na barkach. Zeszłej nocy Aira przyszła do mnie, chyba nie mogła spać. Położyła się ze mną, co było nawet miłe. Opowiedziałem jej historię o monecie, której połówkę noszę zawsze ze sobą. O tej, która kiedyś uratowała moje nędzne życie. Drugą część ma mój brat. Kiedy Aira usłyszała o nim, zaczęła mnie strasznie zachęcać do zemszczenia się. Myślę, że jeszcze jakiś czas temu bym jej posłuchał, ale dzisiaj wszystko już wygląda inaczej. Powiedziałem jej, że kocham Fosę i nie zostawię moich ludzi dla ganiania za ułudą sprawiedliwości. Airze chyba to nie wystarczyło. Martwi mnie to w tej kruszynie – nie sądzę, żebyśmy kiedykolwiek mogli zostać chociaż przyjaciółmi. Stoimy po dwóch stronach ogromnej przepaści i nie damy rady porozumieć się w ten sposób. Aira zostawiła mnie rano. Chyba liczyła na coś więcej, kiedy do mnie przyszła, ale jej odmówiłem. To właściwie jeszcze dziecko, nawet jeśli jest ładna.
(…)
Elfka, Alwuareth Ataraxia, naprawdę dała mi do myślenia. Jak przybyła do Fosy, to wydawała się dosyć zamknięta w sobie. Na wieczornym obchodzie spotkałem ją siedzącą samotnie na murach. Wyglądała na naprawdę smutną, więc zagadałem. Z przykrością muszę przyznać, że jest podobna do starego mnie bardziej, niż komukolwiek bym tego życzył. Nawet ścigają ją listem gończym z Silmaaroonu. Podobno nieźle tam naodpierdalała, tak przynajmniej twierdzi. Należała do "Żelaznej Pięści" i zdecydowanie nie cackała się z tymi, których obrała za cel. Ostro przesadzała – tak, nawet taki degenerat jak ja to widzi. Alwuareth się boi. Jest nieszczęśliwa i przytłoczona światem, pomimo tego, że bierze wciąż więcej i więcej. Jak bardzo dobrze to znam. Właściwie naprawdę boli mnie patrzenie na tę dziewczynę. Jest tak samo przygnębiona życiem jak ja, zanim trafiłem do Fosy. Myślę, że jej także pomogłoby znalezienie swojego miejsca i ludzi, za których warto ginąć. Tak jej z resztą powiedziałem podczas naszej długiej i myślę że owocnej rozmowy. Co mnie zdziwiło to fakt, że księżycowa elfka wyznaje Barahira. Podobno przekabacił ją jakiś stary mag wody Vatras. Do mnie tam nigdy zbytnio to wszystko nie trafiało. Alwuareth powiedziała, że miała wizję jego śmierci, kiedy była w Kobiecym Wdzięku. O tym nie wiem co myśleć, ale jako że ten cały Vatras pojechał nawracać Hazardczyków, to nie jest to takie niemożliwe. Dalej uważam, że to debil, chociaż Alwuareth woli mówić, że to jej wina, bo kara się za to, że przy niej nie był, jak odpierdalała w Silmaaroonie. Tak czy siak dla mnie to głupie, bo wychodzi na to, że znowu ją zostawia. Alwuareth nienawidzi się, bo zabiła ukochaną, żeby ją chronić. Pokrętna logika. Powiedziałem jej, że jest równie pierdolnięta co ja kiedyś, ale chyba dobrze to przyjęła, bo rozstaliśmy się z uśmiechem. Potem już nie rozmawialiśmy. Szczerze jej życzę, żeby znalazła prawdziwy dom tak jak ja. Nie ma człowieka, który nie może odkupić swoich win i skoro mnie ktoś uznał godnym drugiej szansy, to ona też może. Mam nadzieję, że to zapamięta. Naprawdę chciałbym, żeby znalazła swoje szczęście.
(...)
Ralph var Faqua. Stary, zapierdziały alkoholik, który w kółko drze mordę o cholernych ścierwojadach. Poważnie, ile można o tym słuchać. Żeni się z jednym czy jak? Pierwszego dnia opierdolił moich ludzi za jedzenie ścierwojadów, zachowując się, jakbyśmy jedli jego matkę. Są pożyteczne dla ekosystemu, tak powiedział. Według mnie kawał ciepłego mięcha jest pożyteczniejszy. W każdym razie pan var Faqua pochodzi z Silmaaroonu. Kiedyś mi się obiło o uszy jego nazwisko, choć potrzebowałem chwili na połączenie faktów. Jeśli dobrze pamiętam, rodzina var Faqua była niczego sobie nawet jak na Łabędzią Przystań. Do czasu rzecz jasna jak spaliła im się chałupa razem z rodzicami Ralpha. Trochę mi szkoda tego gościa, bo chyba średnio sobie radzi z przeszłością. Ludzie, którzy nie rozpamiętują, nie chleją tyle i na pewno nie bronią tyłka zawszonym ścierwojadom. Oczywiście pogadałem z Ralphem o tych jego dziobatych skarbach, bo od kiedy się pojawił i zaczął wszystkich jebać, ludzie chodzą wkurwieni, nie wyłączając mnie. No ale byłem miły i poprosiłem go ładnie, żeby przestał, zamiast od razu drzeć mordę. Jakoś nie pociąga mnie perspektywa krzyczenia na tego biedaka. W każdym razie w zamian za uprzejmość dostałem dwugodzinny wykład o tym, dlaczego ścierwojady to cud zesłany przez bogów. Trochę racji w sumie facet ma. Rzeczywiście lepiej jak żrą trupy, zwłaszcza że w pobliżu Fosy ich nie brakuje. Nikomu tu nie tęskno do zaraz, trupojadów i innego gówna. Fragment o tym, że ja i moi głupi ludzie opychamy się ścierwojadami w swojej ignorancji i braku elementarnej wiedzy, mógł sobie już darować, ale mimo wszystko doszliśmy do porozumienia i od teraz nie będziemy polować na ścierwojady, chyba że nie będzie innej opcji. Mimo że var Faqua mnie wkurwia swoim gadaniem, to coś w nim lubię. Zaproponowałem mu, żeby wpadł jeszcze kiedyś do Fosy, żeby ratować cudowne ścierwojady. Taka misja ekologiczna. Może skorzysta. W każdym razie dzisiaj przyszedł do mnie i trochę pogadaliśmy jak dorośli. W Fosie zaczyna się robić naprawdę gorąco i nie sądzę, żeby nawet przybycie Lustinnów cokolwiek zmieniało. W każdym razie var Faqua w swej nieskończonej mądrości postanowił mnie oświecić, że nie poradzimy sobie z Hazardem. Ten stary, zramolały chuj z Kapituły myśli, że pozjadał wszystkie rozumy, a ja pierwszego dnia wiedziałem, że nie mamy szansy wygrać. Odpowiedziałem mu nieco grzeczniej, że wiem i jestem na to gotowy, a wtedy on wyjechał mi z tym, że jestem bardzo dobrym człowiekiem. Podobno Alwuareth opowiedziała mu moją historię i teraz uważa mnie za idealny przykład tego, że ze złego człowieka można stać się kimś. Zajebisty kurwa żart. Powiedziałem mu to prosto w twarz, oczywiście jak już skończyłem się śmiać. Jakby trochę relatywnie dobrych decyzji miało odkupić wszystkie moje winy z Silmaaroonu. Nie jestem idiotą, nie jestem nawet blisko bycia kimś, jak to ujął var Faqua. Wtedy on wyjechał z tą propozycją wyruszenia z nim. Stwierdził, że może załatwić mi przyjemną i przydatną posadkę od jakiegoś kumpla z Kapituły. Naprawdę myślałem, że jest mądrzejszy. Nie po to tyle czasu tkwiłem na tym cholerny pustkowiu, nie po to zapierdalałem i pracowałem nad sobą, żeby obsrać zbroję w momencie, gdy jestem najbardziej potrzebny i spierdalać ratować ścierwojady, czy czego on tam oczekuje. W każdym razie mam otwartą furtkę do ich wyjazdu, potem wszystko szlag trafi. Ciekawy człowiek z tego Ralpha. Być może w innych czasach moglibyśmy się dogadać. Oboje jesteśmy ulepieni z mroków naszych przeszłości.
XI
Atmosfera jest w zasadzie tak gęsta, że można by się nią żywić. Czuję, że całe hazardzkie szambo lada chwila się na nas wyleje. Niby Lustinn jest na miejscu, niby ogarnął Srebrne Marchie, ale pewnych rzeczy i on nie przeskoczy. Według niego jutro rozgromimy Hazardczyków, ale nie sądzę, żeby miał rację. Właściwe już przegraliśmy. Toczyłem tę wojnę długo i zaciekle, ale znaleźliśmy się w punkcie, w którym nie mam już kolejnej sztuczki, kolejnej zasadzki, planu B. Właściwie nie wiem, co mam teraz zrobić. Chyba pozostało mi tylko umrzeć za tę parszywą ziemię, która kocham bardziej niż cokolwiek. Lustinn myśli, że przygnieciemy ich siłą armii, ale chyba nie walczył zbyt często z Hazardczykami, jeśli tak sądzi. Co jak co, ale skurwieli tak nie pokona. Cóż, prawdopodobnie więcej tutaj nie napiszę. Ciekawe, czy ktoś kiedyś przeczyta te wypociny. Zapewne rozpadną się gdzieś na bagnach razem ze mną. Mimo wszystko ten dziennik bardzo mi pomógł. Nigdy nie umiałem być szczery z samym sobą, męczyłem się z tym wiele lat i dopiero w tym dzienniku przyznałem się przed sobą do całej masy dobrych i złych rzeczy. Nie żałuję, że zostałem w Fosie. Powiedziałbym nawet, że uczyniła mnie szczęśliwym człowiekiem. Żałuję jedynie, że nie zdążyłem zobaczyć brata. Bardzo chciałbym mu powiedzieć, że mu wybaczam, ale umrę tutaj i nigdy tego nie zrobię. To boli. Zrobiłem wiele złych rzeczy, bardzo złych. Mam nadzieję, że chociaż na koniec zrobię coś właściwego i przynajmniej częściowo odwdzięczę się za dobro, które mnie spotkało. Spróbuję się jeszcze przespać przed jutrem.
Zemsta jest grą idiotów.